#comments { color: #000; }

poniedziałek, 5 lutego 2018

33.

Zawsze chciałam pisać opowiadanie równo z porą roku i miesiącem, który mamy obecnie. Jako że nie było mnie przez ponad pół roku, to cóż, wyszło! W opowiadaniu też mamy luty!

Następny już będzie wcześniej, obiecuję.

No i z tego wszystkiego zaczęłam się zastanawiać, czy nie przydałby się jakiś system informowania o postępach, gdzie mogłabym odpowiadać szybciej, niż przy poście z rozdziałem. W końcu ja znikam stąd na pół roku, a tu nie wiadomo, czy blog porzucony, czy żyję, czy piszę, cokolwiek. Także nie wiem, zależy, co sądzicie.

I napisałam trochę więcej niż klasyczne trzy akapity na rozdział, ale uznałam, że skoro mnie tu nie było tyle czasu, to co się będę ograniczać?

A no i jak zwykle: uprzedzam, że pewnie jeszcze będę to poprawiać, bo oczywiście pisałam po nocy i sprawdza się to ciężko.

Dolałem sobie do herbaty solidną porcję porządnego, mugolskiego rumu, a gdy łyżeczka kilka razy zamieszała w kubku i odleciała na bok, lekko ochlapując podręcznik do OPCM dla szóstych klas (z którego i tak nie było większego pożytku), wypiłem na raz niemal połowę.
„Chyba jestem gotowy”, pomyślałem, biorąc głęboki wdech; to była już trzecia taka herbata, a więc przyjemne ciepło już dawno zdążyło rozlać się nie tylko w moim żołądku, ale i po całym ciele, a głowa stała się jakby odrobinkę lżejsza.
Dopiero wtedy poczułem się na siłach, by sprawdzić kartkówki Krukonów z czwartego roku.
Po raz kolejny westchnąłem ciężko, bo choć z początku założyłem, że będzie mi w ten sposób łatwiej, myśl o czytaniu tych wszystkich głupot szybko mnie otrzeźwiła.
Z trudem zabrałem się za pierwszą kartkówkę, a już wtedy okazało się, że moje obawy nie były bezpodstawne. Nie nauczyli się niczego, ale nie mogli zostawić cholernej pustej kartki i jej oddać – zamiast tego próbowali wymyślać odpowiedzi, a to było o wiele gorsze, bo musiałem brnąć przez to, by dowiedzieć się, czy znajdowała się tam choć odrobina sensu.
Sprawdziłem jakieś dziesięć prac bez większych problemów, pisząc po prostu „Nędzny” albo „Troll” na skos przez całą kartkę. Dopiero jedenasta‒– sprawiła, że z tego wszystkiego musiałem się przejść po gabinecie; kiedy wstawałem z krzesła, poczułem, że alkohol jednak odrobinę działa – szkoda tylko, że nie pomógł mi przetrawić tych głupot. Podszedłem do stojącego w rogu pomieszczenia gramofonu i włączyłem go, a za biurko wróciłem już w rytmie mugolskiego jazzu; rozsiadłem się, odetchnąłem, przeczytałem to wszystko jeszcze raz, po czym wybuchnąłem śmiechem (trudno jednak stwierdzić, czy wynikał on z rozbawienia, czy czystej rozpaczy). Za dalszą część pracy zabrałem się dopiero, jak rozbolał mnie brzuch, ale i tak chichotałem pod nosem, kiedy docierał do mnie sens kolejnych zdań. Pierwsze kartkówki były dla mnie męką i przypomniały mi, dlaczego tak nienawidziłem ich robić, jednak później, kiedy wciąż rechotałem do siebie i rysowałem po najbardziej ciekawych pracach wizerunki trolla, uznałem to wszystko za całkiem dobrą zabawę.
Nagle drzwi do mojego gabinetu otworzyły się na oścież i trzasnęły o stojącą obok nich półkę, a jedna z wielkich, grubych książek przewróciła się, wydając przy tym kolejny huk. Podniosłem wzrok w stronę wejścia, zamilkłem momentalnie, a ręka z piórem zawisła w powietrzu tuż ponad wizerunkiem trolla, który póki co miał tylko jedno oko.
Do środka wkroczyła Katie Greese, a choć całe to efektowne wejście sprawiało wrażenie, że się tu mocno spieszyła, jej zachowanie nie do końca temu odpowiadało. Zamknęła za sobą powoli drzwi, po czym zwróciła się w moją stronę i bez pośpiechu podeszła do biurka. Przyglądałem się jej ze zdumieniem przez parę sekund, jednak nim ona zdążyła na mnie spojrzeć, przybrałem normalny wyraz twarzy.
– Dzień dobry, potrzebuję...
– Kultury potrzebujesz – przerwałem beznamiętnym tonem, biorąc łyk nieco już chłodnej herbaty. – Puka się.
Na twarzy dziewczyny widać było zniecierpliwienie, które próbowała usilnie ukryć, po czym zacisnęła pięść i zapukała kilka razy o blat biurka, prostując się i patrząc mi w twarz.
Popatrzyłem na nią, przyjmując obojętną minę, która na uczniach zazwyczaj wywierała efekt mniej więcej taki, że stawali się raczej grzeczni i wycofani. Tu było inaczej, bo Katie nie wydawała się reagować wcale i czekała na moją reakcję tak samo, jak ja na jej.
– Proszę – odpowiedziałem.
W pomieszczeniu zapadła chwila milczenia, podczas której Greese zrobiła dziwną minę.
– Potrzebuję autograf.
– Nie powinnaś być w skrzydle szpitalnym? – spytałem.
– Wyszłam tydzień temu, profesorze.
– Dziwne w takim razie, że nie widziałem cię na lekcjach ani na szlabanie – rzuciłem, po czym od razu kontynuowałem: – Dobra, co za autograf? Bo ja mam tu prace do ocenienia i niezbyt wiele ochoty, by siedzieć nad tym do drugiej w nocy. – Niby przypadkiem położyłem dłoń na jednym z pergaminów, zasłaniając znajdujący się na nim rysunek.
– Potrzebowałabym kilku książek z Działu Zakazanego.
– O tej godzinie?
– Tak, bo później biblioteka będzie zamknięta. Dokładnie to za pół godziny mi ją zamkną.
Machnąłem ręką, bo uznałem, że w gruncie rzeczy nie bardzo mnie to interesuje, a to chyba ta nieco zbyt mocna herbata sprawiła, że zadawałem jakiekolwiek pytania. Wyjąłem z szuflady plik kartek ze zgodami do biblioteki i oderwałem jedną, biorąc pióro do ręki; uznałem, że nawet mi się nie chce robić żadnych problemów, zważywszy na to, co ostatnio się stało właśnie tej dziewczynie. Dumbledore powiedział mi o tej całej sytuacji z Remusem Lupinem – i to tym razem dokładniej, nie tak, jak na początku roku (czyli że „jest chory”). Jasne, że się tego domyślałem, bo jednak czas jego zniknięć i fakt, że jego przyjaciele notowali wtedy tak pilnie, że aż było to podejrzane, dał mi po paru miesiącach do myślenia. Nie wnikałem w ten temat, ale to było jedynie potwierdzenie moich podejrzeń. Dziewczęta jednak zdawały się dotąd niewtajemniczone w to wszystko.
Katie Greese bała się. Niby wszystko było normalnie, ale nie przychodziła na lekcje albo szlabany, na których był Remus, a kiedy ją spotykałem na korytarzu, nie zachowywała się tak, jak zawsze: była wycofana, zaczytana w jakichś książkach, dziwnie poważna. Wiedziałem, że takie starcie grupki dzieciaków z wilkołakiem i bezpośredni atak na nią musiał mieć wpływ na każdego z nich, jednak jeśli chodzi o Greese – ona zdecydowanie przeżyła tam najwięcej i nie można było jej winić. Nawet jej unikanie zajęć i szlabanu mogłem wobec tego wszystkiego zrozumieć, chociaż wiadomo, że nie mogłem powiedzieć o tym na głos, żeby przypadkiem nie uznała tego za coś akceptowalnego.
– Tytuły.
– „Wilcze bezprawie: dlaczego wilkołaki nie zasługują na życie”...
Zawiesiłem rękę z piórem nad kartką, patrząc na dziewczynę takim wzrokiem, że zamilkła. Zrozumiałem w jednej chwili, o co tu chodzi, jednak literatura w tej kwestii była więcej niż bezużyteczna. Nie wiedziałem, co dokładnie było jej celem, ale wnioski z tej książki przy jej sytuacji mogły spowodować wiele nieciekawych skutków.
– Co dalej?
Zapisywałem kolejne tytuły na kartce, zastanawiając się, co z tym zrobić. Pozostałe książki były już o wiele bardziej wartościowe, jednak ten pierwszy tytuł wciąż mocno mnie niepokoił. W końcu książki z Działu Zakazanego nie zawierały tylko informacji o niebezpiecznej albo skomplikowanej magii, ale także kompletnie pozbawione sensu i szkodliwe informacje – tyle tylko, że niektórych pozycji z tej drugiej kategorii z różnych powodów nie można było się pozbyć. Ta zdecydowanie należała do ostatniego typu, ale wiedziałem też, że ze źródeł poza szkołą na pewno da się ją zdobyć, bo Eugenia Jenkins w siedemdziesiątym piątym roku – tuż przed tym, jak ustąpiła ze stanowiska – utworzyła swoisty spis ksiąg zakazanych i obowiązkowych, który nadal funkcjonował. Wobec szumu o zwiększoną przez Harolda Minchuma liczbę dementorów w Azkabanie, nikt nawet nie zwrócił uwagi, jak na początku jego kadencji po cichu wycofano ze sprzedaży i bibliotek chociażby Włochaty pysk, lecz dusza ludzka i edytowano obecnie funkcjonujące w podstawie programowej podręczniki do OPCM i ONMS, zupełnie usuwając z nich między innymi sporo prawdziwych informacji o wilkołakach. Zresztą, dziewczyna wyglądała na zdeterminowaną i dotarłaby do tego wszystkiego tak czy siak – a ja mogłem albo udawać, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, albo to kontrolować. Swoją drogą, ta książka według ustawy nie powinna przebywać w Dziale Zakazanym, a w normalnym, ale Dumbledore chyba niezbyt się tym przejmował.
– Dobra, ale uprzedzam, że to głupsze, niż kartkówki czwartoklasistów – powiedziałem, prawą ręką gryzmoląc tytuł na pozwoleniu, drugą zaś uderzając o stos pergaminu.
– Dziękuję, ale wolę sama przeczytać i wyrobić sobie opinię.
– Niech będzie. Cóż, osobiście mnie to nie interesuje, ale jako nauczyciel mam obowiązek zapytać: po co to wszystko?
Miałem wrażenie, że w jednej chwili cała pewność siebie jakby z niej zniknęła; Greese spojrzała gdzieś w bok, obejmując się ramionami.
– Chciałam napisać dodatkowy esej.
– Bardzo zabawne.
– Po prostu potrzebuję paru informacji, profesorze – odparła wymijająco, wciąż jednak nie patrząc mi w oczy, a skoro nie miała z tym problemu wcześniej, kiedy zapukała w biurko i czekała na moją reakcję, wiedziałem, że kłamie. Podpisałem się na dole zgody, po czym wyciągnąłem świstek w stronę dziewczyny; kiedy próbowała go chwycić, cofnąłem rękę.
– Jeden warunek – powiedziałem, wstając z krzesła. – W środę jest szlaban i...
– Tym razem będę, obiecuję.
– Będziesz, a do tego czasu uważnie przeczytasz te wszystkie te książki.
Podałem jej pozwolenie, a ona wzięła je w rękę i skinęła głową.
– W takim razie życzę miłej lektury.


Całe błonia wydawały mi się dziwnie ciche i jakby senne, co właściwie całkiem nieźle zgrywało się z moim samopoczuciem. Ziemię pokrywała coraz grubsza warstwa białego puchu; otulała ją jak wielka kołdra, w którą i ja z chęcią bym się zawinął, gdyby nie przeszkodziły mi w tym najpierw lekcje, a tuż po nich – spotkanie z Ann. Mimo dość późnej pory niebo było wciąż jasne, barwą zbliżone do śniegu, który wirował wokół mnie jakby na złość, wpadając przy tym w oczy i osadzając się na ubraniach. Kiedy po jakimś czasie, który wydawał mi się niezmiernie długi, udało mi się dotrzeć do boiska, aż zatrzymałem się na krótką chwilę, by westchnąć z ulgą. Wtedy już pozostało mi przecież wdrapanie się na szczyt wieży, a umówmy się, że pokonywanie kolejnych schodów na górę w porównaniu z przedzieraniem się przez sięgający kolan śnieg nie wymagało prawie w ogóle wysiłku.
Gdy już znalazłem się w pomieszczeniu komentatorskim i cicho zamknąłem za sobą drzwi, zerknąłem znad zaparowanych okularów na widok rozpościerający się za oknami. Kiedy już nie musiałem marznąć na dworze i leźć w tym całym śniegu, wydał mi się on o wiele przyjemniejszy; biel, która powoli szarzała przez coraz późniejszą porę, nieco mnie usypiała, ale pocieszałem się tym, że niewiele już mi zostało do zrobienia. Kiedy zdejmowałem płaszcz, który pokryły kropelki wody ze stopionych śnieżynek, spojrzałem na pomieszczenie. Światło było zgaszone, przez co wewnątrz było już odrobinę ciemno. Podszedłem do blatu, by zapalić lampkę, mijając krzesło z wysokim oparciem stojące na środku pokoju. Wcisnąłem włącznik, a ciepłe światło żarówki rozlało się po drewnianych ścianach i podłodze, czyniąc otoczenie jakimś dziwnie przyjemniejszym. Wtem do moich nozdrzy dotarł zapach kawy, który nawet na krótki moment mnie rozbudził; zerknąłem na stojący nieopodal kubek, nad którym unosiła się para, a wtedy do moich uszu dotarł szelest przewracanych stron. Wzdrygnąłem się z zaskoczeniem, zerkając przez ramię, a wtedy dopiero zobaczyłem, że Ann siedzi na krześle z podciągniętymi pod brodę kolanami, czytając "Echo Hogwartu". Fakt, że dziewczyna nawet na moment nie oderwała wzroku od tekstu, choć z pewnością słyszała, jak wchodzę, co najmniej mnie zdziwił. Spojrzałem w stronę wieszaka, dopiero wtedy zauważając, że wisi na nim jej żółta, puchowa kurtka.
– Cześć – powiedziałem, a dopóki nie odezwałem się, Ann nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi. Dopiero wtedy uniosła wzrok znad gazety i spojrzała na mnie kątem oka.
– Hej, Ben – mruknęła, znów zatapiając się w lekturze.
– Nie przeczytałaś tego wystarczającej ilości razy, zanim uznałaś, że można wydać kolejny numer? – spytałem nieco kpiąco, nie rozumiejąc, po co to robi. W końcu prawie za każdym razem, kiedy się tu spotykaliśmy, widziałem ją ślęczącą nad roboczym tekstem i kreślącą na czerwono notatki na marginesie, początek tygodnia zaś upływał jej na wymyślaniu tematów do kolejnego numeru, które zapisywała w notatniku, nawet nie odrywając się od rozmowy na zupełnie inny temat. Wtedy jednak, jak widać, było inaczej; notes nawet nie leżał na stole, a samą gazetę przeglądała jakby od niechcenia.
– Właściwie to nie miałam okazji przeczytać żadnego z tych tekstów wcześniej – stwierdziła beznamiętnym tonem, nie siląc się nawet na odpyskowanie, jak to miała w zwyczaju. Wcześniej jedynie mogłem coś podejrzewać, jednak po tych słowach już byłem pewien, że coś jest nie w porządku; nawet sam jej głos był dziwnie spokojny i jakby zmęczony. Uznałem, że to chyba nie najlepszy moment na zaczepki, które zwykle pojawiały się w naszych rozmowach. Chociaż korciło mnie, żeby jakoś jej dogryźć, czułem, że może nie odebrać tego jako żart, a przecież nie o to by mi chodziło.
– Widziałem, że zaginięcia są przeniesione na stałe na siódmą stronę. Dobry pomysł.
– O, czytałeś już?
Spojrzała w moją stronę, a w jej brązowozielonych oczach dostrzegłem nie tylko zaciekawienie, ale i szczere zdziwienie.
– No, przecież już na śniadaniu zostały rozesłane, więc miałem mnóstwo czasu – odparłem, wzruszając ramionami.
– Nie sądziłam, że czytujesz brukowce.
Uśmiechnąłem się lekko.
– No, twój nawet się do czegoś nadaje.
– To urocze z twojej strony.
– To kto właściwie się tym zajął, skoro nie ty? – spytałem, wracając tym samym do kwestii, która w tym wszystkim ciekawiła mnie najbardziej. Sam fakt, że Annie oddała komukolwiek redakcję, był dla mnie dziwny, zważywszy na to, jaką obsesję miała na punkcie „Echa”.
– Michael.
– A ten „Mugolski przekrój” to jego czy twój pomysł?
– Jaki przekrój? – spytała, patrząc na mnie wielkimi oczami.
– No, na dwóch ostatnich stronach jest – odpowiedziałem, nieco zmieszany; nie byłem pewien, czy była zadowolona z tego pomysłu, bo jej reakcja była niezbyt czytelna, ale zrobiło mi się trochę głupio. W końcu zachowywała się dziwnie, a jeśli coś się stało, to nie chciałem pogarszać jej nastroju. – Podsumowane najważniejsze wydarzenia w polityce niemagów. Głównie Wielka Brytania, ale widziałem, że zaprzysiężenie Jimmy'ego Cartera też było. Fajne, tak sądzę.
– Niemagów? – powtórzyła, po czym prychnęła, uśmiechając się.
– Ach, no tak. Jasne. M u g o l i.
– Ale widzę, że wystarczyła jedynie wzmianka o wujku Samie, żeby „Echo” przestało być głupim brukowcem.
– Wiesz, Annie, staram się szukać dobrych stron nawet w najgorszych sytuacjach.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko; już dawno przestała się przejmować moim gadaniem, a i z tym niezbyt ożywionym tonem głosu i podkrążonymi oczami wyglądała tak, jakby nawet nie miała siły na kłótnie.
No, a tak poza tym, to wcale nie uważałem, że „Echo Hogwartu” jest aż tak złe.
Ann odłożyła gazetę na blat i opuściła stopy na podłogę, sięgając po kubek z kawą. Obserwowałem ją, kiedy upijała z niego duży łyk, patrząc w zamyśleniu za szybę, za którą widać było jedynie wirujące płatki śniegu. Po kilku dłuższych chwilach milczenia, podczas których też zacząłem obserwować ciemniejący krajobraz hogwarckich błoni, po raz kolejny usłyszałem jej głos.
– Chyba powinniśmy powoli zaczynać, bo jeszcze wieczorem muszę...
– Słuchaj, wszystko w porządku? – przerwałem jej, czując, że później nie będzie okazji. Spojrzała na mnie pytająco. – Wiesz, po prostu to dziwne, że oddałaś komuś „Echo” i nawet nie sprawdziłaś przedtem, co w ogóle zrobił, poza tym tak ogólnie jakoś mam wrażenie...
– E, no ale jest w porządku – odparła, jakby zdziwiona, tym samym nie pozwalając mi dokończyć. – Nie wiem, o co ci chodzi, ale to miłe, że pytasz.
– No niech będzie...? – mruknąłem, niezbyt przekonany. – Tak tylko pytam, bo jak mamy razem komentować, a ty będziesz taka spięta, to nic z tego nie wyjdzie.
Wtedy usłyszeliśmy ciche stuknięcie w szybę. Równocześnie spojrzeliśmy w tę stronę, a naszym oczom ukazała się sowa, która siedziała na zewnętrznym parapecie, walcząc z silnymi podmuchami wiatru. Otworzyłem okno, wpuszczając ją do środka, a ta podleciała do blatu i tuż obok kubka Ann zrzuciła niewielką kopertę.
– Co to? – mruknęła, obserwując przez chwilę, jak ptak szybuje tuż przed oknami wieży komentatorskiej.
– Pewnie wyrazy uwielbienia od fanów, czy coś – rzuciłem. Dziewczyna wyjęła w tym czasie list i zaczęła go czytać. Szczerze mówiąc byłem ciekaw, o co chodziło, ale nie zamierzałem pytać – w końcu nie był do mnie. Nie trzeba było jednak znać treści, by wiedzieć, że wiadomość nie była zbyt długa, mieściła się bowiem na karteczce wielkości wizytówki. Z oczywistych przyczyn nie czytałem treści, a zamiast tego skupiłem się na reakcji Ann. Kiedy już prześledziła wzrokiem cały tekst, jej twarz się nieco zmieniła wyraz; dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie, unosząc brew.
– Niestety nie tym razem – powiedziała. – Mówiłam ci o tym, że co jakiś czas mam szlaban u Gainsa, nie?
– No, tak, chociaż dalej nie wiem, co odwaliłaś.
Dziewczyna machnęła ręką niedbale.
– I się nie dowiesz – odparła, a jej ton brzmiał nieco bardziej zaczepnie, prawie tak, jak zwykle. – W każdym razie, Gainsborough przesunął mi najbliższy szlaban, miał być w środę w przyszłym tygodniu. Napisał, że mam przyjść dwie godziny później.
– To co w tym takiego zabawnego, że aż cieszyłaś się do listu? – spytałem; dziewczyna nie odezwała się, zamiast tego przesunęła list na blacie i palcem wskazała mi post scriptum: „wiedziałaś, że Jimmy Carter miał farmę orzeszków ziemnych?”. Popatrzyłem na nią, unosząc brwi.
– Nie zrozumiem chyba nigdy, o co chodzi z tym człowiekiem.
– Ja też nie - odparła Ann.


– Ej, wy też to dostałyście? – rzuciłem, kiedy już wszedłem do dormitorium dziewczyn bez pukania, machając w powietrzu malutką kopertą. One jednak nie zwróciły na mnie większej uwagi; jedynie Beckett podniosła na mnie wzrok na krótki moment znad książki, podczas gdy Ann i Evans siedziały na łóżku i przyglądały się czemuś, czego nie widziałem z tej perspektywy.
– Od Gainsa? – spytała dziewczyna, a ja skinąłem głową. – Tak, wczoraj wieczorem.
– Ja też wczoraj, prosto do wieży komentatorskiej – odezwała się Ann.
– Mi to powiedział po lekcji – dodała Evans, a my spojrzeliśmy na nią ze zdziwieniem.
– A niby czemu miałabyś być na szlabanie? – spytała Beckett, odkładając książkę na szafkę.
– Wiesz, on mi po prostu zaproponował, żebym przyszła. Nic tym razem nie zrobiłam.
– W sensie, że mogłaś odmówić, a mimo to idziesz? – spytałem, nie dowierzając. Nie to, żebym spodziewał się czegoś innego po Evans, niż nadgorliwości, jednak mimo wszystko nie mogłem się nie zdziwić. Mnie by w takiej sytuacji nie zobaczył, to na pewno.
– Szczerze? Jak byłam te kilka razy, to mi się podobało.
Uniosłem brew, patrząc na nią przez chwilę z niedowierzaniem.
– Evans, to jest szlaban. Kara.
– Ale co ja ci poradzę? – powiedziała, odwracając się w moją stronę. – Ja tam czuję, że w tym roku nauczyłam się więcej, niż przez pięć lat szkoły. Robimy coś w praktyce, a do tego on się skupia na małej grupie, więc ma dla nas wszystkich czas.
Oparłem się bokiem o framugę drzwi i skrzyżowałem ręce, słuchając dziewczyny, a kiedy już skończyła mówić i na dłuższą chwilę wszyscy zamilkli, przemyślałem na szybko sprawę i w gruncie rzeczy przyznałem Lily rację, głupio mi jednak było powiedzieć, że jakiś szlaban jest fajny.
– Dobra, w sumie jak ostatnio kazał nam tłuc zaklęciami w swoją tarczę, a nie w manekiny, to było całkiem spoko – powiedziałem po chwili zastanowienia, odpowiednio ważąc słowa, by nie wyszło, że jakoś wyjątkowo mi się podobało. Mimo wszystko przypomniałem sobie ten szlaban i możliwość atakowania nauczyciela bez żadnych konsekwencji była świetnym doświadczeniem, nawet kiedy wiedziałem, że bez problemu odbije każdy urok.
– W gruncie rzeczy cała ta sprawa jest dziwna – stwierdziła Rusell. – W sensie, że nas zabrał od McGonagall i zamiast kazać nam wyszorować swoje biuro szczoteczkami do zębów, czy coś w tym stylu, to wymyśla za każdym razem coś związanego ze swoim przedmiotem na ten szlaban. I wszystko poza programem nauczania.
– Może po prostu uznaje, że powinniśmy na szlabanach robić coś produktywnego? – spytała Beckett, a Ann popatrzyła na nią z tajemniczym uśmiechem.
– Wiecie, gadałam z takim znajomym, który dostał u niego szlaban. Właściwie to przez przypadek się o tym dowiedziałam, jak go spotkałam, kiedy sprzątał na korytarzu przy gabinecie Gainsa i go wyklinał pod nosem.
– Najwidoczniej nas wyjątkowo lubi – stwierdziła Beckett, prychając z rozbawieniem. – Szczególnie was, Syriusz. „Black! Potter! Widzę, że oddychacie, SZLABAN”.
– Ale to w ciebie walnął płomieniem, więc chyba w tym starciu wygrywasz.
– Wygrywa, przegrywa, nieważne. Najważniejsze, że miała swojego rycerza, który postawił na szali swoje życie albo chociaż wolne popołudnie, żeby się za nią wstawić – odezwała się Evans pełnym prześmiewczego patosu tonem, na co Ann po prostu pokazała na nią palcami i zamknęła oczy z miną pełną satysfakcji, jakby nie miała już nic więcej do dodania.
– No ej! – Beckett skrzyżowała ręce, patrząc w stronę dziewczyn ze zmarszczonymi brwiami.
– Do usług – burknąłem, szukając w głowie czegoś, co mogłem jeszcze powiedzieć, jednak zanim zdążyłem choćby otworzyć usta, drzwi otworzyły się i stanęła w nich Katie ze stosem książek na rękach. Wszyscy zamilkli, patrząc w jej stronę, a ona rozejrzała się po naszych twarzach i westchnęła, kierując się w stronę swojego łóżka.
– Ścięłaś włosy? – spytała Ann, przyglądając się jej ze zdziwieniem. Pozostałe dziewczyny też patrzyły na Greese jakoś dziwnie. Sam dopiero wtedy dostrzegłem, że rzeczywiście: wcześniej chyba miała włosy jakoś przed ramiona, teraz zaś sięgały połowy ucha i odstawały na wszystkie strony prawie tak, jak u Jamesa, kiedy je już zmaltretuje po ujrzeniu Evans na horyzoncie.
– Owszem – odparła Katie zdawkowo, układając książki w szafce.
– Ale jak to?
– Nożyczkami.
– E, no dobra...? – Ann wzruszyła ramionami, uznając najwidoczniej, że wiele z tej rozmowy się nie dowie.
– Hej, ty też dostałaś list od Gainsa? – spytałem, a Katie pokręciła głową przecząco, nawet nie patrząc w moją stronę.
– Jaki list? – Zdziwiłem się nieco, że kontynuowała rozmowę, jednak szczerze mówiąc, miło było usłyszeć jej głos. Nie rozmawiałem z nią od ostatniej pełni prawie w ogóle, bo była okropnie nieobecna i zdawała się nas unikać. Nawet dziewczyny mówiły, że odkąd wyszła ze skrzydła, wiecznie czytała książki owinięte w jakieś okładki, które zasłaniały tytuły i nie wdawała się zbytnio w żadne dyskusje, za to znikała z lekcji, które mieliśmy z Remusem, a wolne popołudnia też spędzała bez nas. Najgorsze było jednak to, że Lupin to wszystko dostrzegał i niezbyt dobrze reagował, a chociaż starał się udawać, że jest w porządku, widzieliśmy, jak bardzo ta sytuacja go wyniszczała.
– Coś o zmianie godziny najbliższego szlabanu.
– Byłam u niego godzinę temu i nic nie mówił, więc najwidoczniej u mnie się nic nie zmienia – odparła zdawkowo, cały czas schowana za swoim łóżkiem. Wyciągała jakieś rzeczy z szafki i pakowała torbę jakby w pośpiechu; nie miałem pojęcia, czy była z kimś umówiona, czy może po prostu nie chciała z nami rozmawiać.
– Może jeszcze ci ten list przyjdzie? – rzuciłem luźno.
– Ostatnio nie byłam na szlabanie, więc pójdę tak, jak mi mówił – ucięła, wstając i wychodząc z pomieszczenia. Rozejrzeliśmy się po sobie, kiedy tylko drzwi się za nią zatrzasnęły, jednak nikt z nas nie zdążył się odezwać, bo w okno zastukała sowa; Evans, która siedziała najbliżej okna, wpuściła ją do środka, a ptak zatoczył koło pod sufitem, po czym zrzucił na łóżko Beckett czerwoną kopertę. Dziewczyna otworzyła ją, a wtedy list uniósł się w powietrze.
„Wiesz może, gdzie jest opuszczona klasa na czwartym piętrze?”, w dormitorium rozniósł się głos babci Beckett. „Za jedną ze zbroi, obok portretu Alberty Toothill?”
– Nie wiem – odparła dziewczyna.
„Jak wiesz, to fajnie, jak nie, to może Syriusz cię zaprowadzi? Jak z nim rozmawiałam w święta, odniosłam wrażenie, że zna zamek lepiej nawet ode mnie. Musimy porozmawiać o Remusie”.
Wyprostowałem się, dumny z siebie, i uśmiechnąłem się lekko.
– To idę z tobą, tylko...
– My też idziemy – obruszyła się Ann, a ruda pokiwała głową gorliwie.
„W każdym razie, będę czekać codziennie o 21 dopóki nie porozmawiamy, bo oczywiście cholera wie, kiedy list dojdzie w tę pieprzoną śnieżycę. To ważne”.
Wyjec rozdarł się na setki kawałków.
– Która godzina? – spytała Beckett. – Ech, wydawała się wkurzona. Niedobrze.
– Za piętnaście dziewiąta – odparłem. – Zdążymy, tylko musimy iść skrótem. Chodź.


– Cholera, jak tu ciemno – szepnęłam, wchodząc do klasy za Syriuszem, który uparł się, że skoro od dawna nikt tam nie wchodził, to nie pozwoli mi wejść jako pierwszej, bo coś może się przecież stać. Według mnie nie miało to większego sensu, ale dyskutowanie z nim na ten temat miało go jeszcze mniej, więc po prostu tego nie robiłyśmy.
Drzwi zatrzasnęły się za nami głośno jakby za sprawą przeciągu; przez chwilę otaczała nas całkowicie nieprzenikniona ciemność, bo nie docierały tam nawet najsłabsze promienie światła z korytarza. Nagle z kominka buchnął ogromny płomień, który wzniósł się niemal pod sam sufit.
– Protego! – Syriusz rzucił zaklęcie tarczy, zanim w ogóle zdążyłam zarejestrować, co się dzieje. Ogień jednak nawet nas nie musnął, bo opadł z powrotem do kominka, płonąc już zupełnie normalnie.
– Podejdę tam. – Chłopak ruszył do przodu, jednak ja od razu go dogoniłam, a dziewczyny razem ze mną.
– No co wy, nie znacie tego? – Wokół dało się słyszeć głos babci, jednak nie miałam pojęcia, skąd on dochodzi. Wszyscy zaczęliśmy rozglądać się dokoła, nieco spanikowani. – Halo, tutaj, w kominku!
Podeszliśmy bliżej ognia; usiadłam naprzeciwko niego po turecku, a wtedy z rozżarzonych węgielków wyłoniła się głowa babci.
– Co tu się, na Merlina, od...
– Lepiej nie kończ z takim słownictwem, Syriuszku – rzuciła babcia, po czym roześmiała się głośno. – Hej, skarbie.
– Wiesz, ja jednak podzielam pytanie Syriusza – powiedziałam. Chłopak usiadł obok mnie na podłodze, a dziewczyny nieco z tyłu.
– No, z sieci Fiuu można korzystać albo przemieszczając się normalnie, albo właśnie tak.
– Ja to sobie muszę gdzieś zapisać. Genialne – powiedział Black z uznaniem.
– A dziękuję. Myślałam, że to bardziej popularne, ale dobra, nie przedłużam, bo i tak musiałam się nieźle naprosić, żeby ten kominek włączyć do sieci Fiuu. Do rzeczy.
– Hm?
– Albus mi powiedział wreszcie o Remusie, uch, tak jakbym nie wiedziała – powiedziała babcia, a na jej twarzy widoczna była irytacja.
– A wiedziałaś?
– Od waszego pierwszego roku, kochanie.
– Ale skoro dyrektor ci nic nie mówił, to...
– Ja rozumiem, Lileńku, że dla was z bliska trudno coś takiego pomyśleć, bo macie Remusa na co dzień, ale jak ja dostawałam od ciebie listy, mogłam łatwo połączyć fakty.
Popatrzyłam na jej twarz w kominku, próbując nie otworzyć buzi ze zdziwienia. Jasne, moja babcia wielokrotnie zaskakiwała, ale to było dla mnie coś zupełnie nowego. Przypomniałam sobie, jak podczas świąt u Potterów zawzięcie dyskutowała z nim przy stole, a fakt, że miała przy tym pełną świadomość jego, cóż, stanu, wydał mi się dziwnie nie na miejscu. Ale z drugiej strony, co niby miała zrobić innego? Po chwili milczenia wydukałam w końcu tylko:
– To dlaczego nic nie mówiłaś?
Babcia westchnęła ze zrezygnowaniem.
– Sama się zastanawiam. Myślałam, że tak będzie póki co lepiej, ale chyba trzeba było jednak wam powiedzieć. Może byście wszystkie nie zrobiły takiej głupoty, jaką jest ŁAŻENIE ZA WILKOŁAKIEM PODCZAS PEŁNI.
Spojrzałam na Ann i Lily, które wydawały się nieco zakłopotane. Zazdrościłam im, że usiadły z tyłu, bo w tamtej chwili chciałam się też znaleźć nieco dalej. Rzadko się zdarzało, żeby babcia rozmawiała ze mną w taki sposób, ale jeśli już, to musiało być naprawdę poważnie.
– To nie ich wina! – zawołał Syriusz nieco zbyt głośno. – My nie mogliśmy nic powiedzieć, bo Remus nie chciał, ale one naprawdę próbowały to załatwić normalnie. Rozsądnie. I w ogóle. No i skąd mogły wiedzieć?
– No właśnie nie mogły – powiedziała babcia ponuro. – Ale skoro pojawił się choćby cień podejrzenia, że... Ech, cholera, Lilyanne, następnym razem masz mi wszystko powiedzieć, kiedy pojawi się tego typu sytuacja! Ja rozumiem, że nie jesteście dziećmi, macie swoje sprawy, którymi nie chcecie się dzielić, ale naprawdę, w niektórych kwestiach warto spytać kogoś o radę, nie? Mogliście zginąć, a ten biedny chłopiec by się o to niesłusznie obwiniał! Pewnie teraz ma wystarczające problemy po tym, jak zranił Katie!
Nikt z nas się nie odezwał przez dłuższą chwilę, a jedynie wszyscy unikaliśmy patrzenia na moją babcię i na siebie nawzajem, przez co wodziliśmy oczami po podłodze, suficie, ścianach i wszędzie, gdzie tylko nie widzieliśmy jej karcącego wzroku.
– Dobra, przestańcie już, bo wyglądacie, jakbyście byli obłąkani – powiedziała znudzonym tonem. – Niedługo będę musiała kończyć, więc jak masz mi coś do powiedzenia, Lil, to czekam.
Popatrzyła na mnie przenikliwie, a mi w jednej chwili przypomniała się jedna rzecz sprzed paru miesięcy, którą przed nią zataiłam i być może nie był to najlepszy pomysł.
– Wiecie co, idźcie już do wieży, ja do was później dotrę – powiedziałam, patrząc na dziewczyny i Syriusza.
– I co, sama będziesz wracać? – obruszył się Syriusz.
– A co mi się może stać? – spytałam.
– Na przykład możesz trafić na Filcha.
– A z tobą niby nie trafię?
– Jasne, że nie – powiedział takim tonem, jakby to było coś absolutnie oczywistego.
– My pójdziemy, jak coś to przecież jestem prefektem, nam nic nie zrobią – powiedziała Evans. – Do widzenia, pani Beckett!
– Do widzenia! – zawtórowała Ann i dziewczyny zniknęły za drzwiami. Westchnęłam, patrząc na Syriusza.
– Dobra, wiem, że cię nie przekonam, więc... czy mógłbyś poczekać na zewnątrz? – spytałam, a on pokiwał głową, po czym zwrócił się do mojej babci: – Jakbyśmy mieli teraz już nie rozmawiać, to muszę pani powiedzieć, że wygląda pani naprawdę świetnie. Nawet z tym ogniem naokoło i w ogóle. To jakiś eliksir, czy sama natura?
– Wynocha – mruknęłam, udając powagę, podczas gdy babcia zaczęła niekontrolowanie chichotać.
***
Przekląłem pod nosem, kiedy już zamknąłem za sobą drzwi klasy, po czym oparłem się o nie z irytacją.
No bo czemu niby nie chciała, żebym był przy tej rozmowie? Na początku myślałem, że po prostu nie chciała nas tam trzymać, żebyśmy nie wysłuchiwali, jak gada z babcią o jakichś rodzinnych głupotach, ale kiedy tak mnie wyprosiła, to wydało mi się podejrzane. W końcu na nas narzekała, jak to nie mówiliśmy im prawdy i tak dalej, a teraz sama coś ukrywa?
Nie miałem zamiaru tego tak zostawić, a jednocześnie nie bardzo wiedziałem, co miałbym niby zrobić. Myśl o podsłuchiwaniu przez uchylone drzwi wydała mi się nie tylko niebezpieczna i ryzykowna (w końcu trwała już cisza nocna i Filch mógł wyskoczyć zza rogu w każdej chwili), ale i absolutnie niewłaściwa. Lily mnie tam nie chciała, a to oznaczało, że był tego jakiś powód. Ale czy to równało się temu, że nie chciałem wiedzieć, o co chodzi? No niestety nie.
Stałem więc jak idiota pod tymi drzwiami, zastanawiając się nieustannie, co się za nimi dzieje, jednak nie potrwało to zbyt długo. Kiedy odruchowo rozglądałem się na boki, sprawdzając, czy teren jest czysty, dostrzegłem, że zza zakrętu na korytarzu wychylił się wózeczek ze środkami czystości i wiadrem z mopem, a to mogło oznaczać tylko jedno: Filch nie znalazł ostatnio żadnego frajera, który odwaliłby za niego robotę i sam włóczył się po zamku i sprzątał. Tu od razu nasuwała się jedna myśl, że ja tym frajerem mogę za chwilę zostać, jeśli nie zmyję się odpowiednio szybko.
W jednej chwili oceniłem odległość do tajnego przejścia, jednak było ono zbyt daleko i nie byłbym w stanie do niego zdążyć, choćbym nie wiem, jak prędko biegł. Innych opcji zbytnio nie miałem. Może pomogłaby by tu niewidka, szkoda tylko, że jej nie wziąłem – jedyne co miałem przy sobie, to Mapa Huncwotów, którą swoją drogą nam już skonfiskował. Evans ją odzyskała i po tym wszystkim we Wrzeszczącej Chacie nam ją oddała, ale co by się stało, gdyby Filch ją przy mnie teraz znalazł? No właśnie. Cała wina na mnie.
Wózeczek coraz bardziej wychylał się zza ściany, a ja z braku laku otworzyłem drzwi za sobą i w ciągu ułamka sekundy zdążyłem wślizgnąć się do środka i je za sobą zamknąć po cichu, bez najcichszego trzasku. „Lata praktyki”, pochwaliłem w myślach sam siebie, bo Filch nawet nie zdążyłby zauważyć, że coś jest nie tak.
– Babciu, ja nie o tym chciałam. – Usłyszałem głos Lily i odwróciłem się powoli. – Pamiętasz, jak w domu opowiadałam tobie i mamie o tym, co się stało z redakcją gazety Ann?
Wcześniej miałem zamiar od razu obwieścić Lily i jej babci swoją obecność, jednak kiedy usłyszałem słowa dziewczyny, głos ugrzązł mi w gardle; stanąłem bez ruchu pod drzwiami, spoglądając w głąb pomieszczenia, gdzie dziewczyna siedziała na podłodze z kolanami podciągniętymi pod brodę.
– Tak, pamiętam – powiedziała babcia Lily. – A co jest? Coś nowego się stało?
– Nie, ale po prostu... ja coś wtedy znalazłam i nie daje mi to spokoju.
Wstrzymałem oddech, patrząc na nią uważnie; miałem ochotę podejść do niej blisko i krzyknąć na cały głos: „WIEDZIAŁEM!”, jednak jako że nie mogłem tego zrobić, powtarzałem to słowo w myślach.
Wiedziałem. Wiedziałem. WIEDZIAŁEM. Wiedziałem, że coś wtedy było na rzeczy, coś poważnego, a ona nie chciała nikomu powiedzieć. Nie chciała mi powiedzieć, mimo że się domyślałem. Jednak dobrze zauważyłem, że coś wyciąga zza tej tabliczki.
– Co znalazłaś, kwiatuszku? – powiedziała pani Veronique tonem niezwykle czułym i pełnym troski. Lily westchnęła.
– Babciu, czym może być „B.S.R.B.”, wiesz coś o tym?
– „B.S.R.B.”? Ale...?
– Ktoś zostawił mi taki list w redakcji. Podpisano, że do mnie. I napisał tylko „przepraszam” i właśnie ten skrót.
Otworzyłem usta, zaskoczony tym, co właśnie usłyszałem. List do Lily z przeprosinami? A czy przypadkiem nie powinien być do Ann w takiej sytuacji? Nie miałem pojęcia, o co chodziło. I co to za skrót? Ktoś napisał notatkę, ale nie podpisał się normalnie?
– Wiesz, jest jedna rzecz, która przychodzi mi do głowy. Ale to nie brzmi zbyt prawdopodobnie – odezwała się babcia dziewczyny, a ja znowu wstrzymałem oddech, opierając się o ścianę i zamykając oczy.
– Jaka rzecz? – spytała Lily ze zniecierpliwieniem w głosie niemal tak dużym, jakie ja w tamtej chwili odczuwałem. Pomiędzy jej pytaniem a odpowiedzią minęło ledwie kilka sekund, jednak dla mnie ciągnęły się one w nieskończoność.
– Wiesz, w naszej rodzinie parę pokoleń wstecz panowała taka absurdalna, hm, tradycja? Jeszcze babcia mi to opowiadała, ale to dość znane, bo jednak Beckettowie są jednym ze starszych rodów, wiesz o tym.
– Wiem wiem – powiedziała Lily pospiesznie, jakby chciała pominąć cały ten wstęp i przejść do rzeczy. Nie dziwiłem się jej, bo sam chciałem.
– Na pewno jest o tym wzmianka w tych książkach o czystych rodach. Wiem, że w tym największym zbiorze jakiś czas temu postanowili nanieść poprawki i wydać od nowa.
– Ale po co to komu? – spytała dziewczyna, siadając po turecku.
– Pytaj mnie, a ja ciebie. Ale do rzeczy: jedyne, co mi się kojarzy z tym „B.S.R.B.”, albo właściwie samym „S.R.B.”, to „sługa rodu”.
„Sługa rodu”?
– Jaki znowu sługa rodu?
– Jak parę pokoleń wstecz kłócili się o jakieś rzeczy w rodzinie, a akurat wyszło, że druga strona miała rację, to spraw nie załatwiali pod swoim nazwiskiem. Nie wiem, czy wynikało to z jakiejś paranoi dotyczącej skażenia honoru rodu czystej krwi, czy...
– To Beckettowie mieli obsesję na punkcie czystości krwi?
– Skarbie, paręset lat temu to chyba każdy taki ród miał obsesję. Niektórym po prostu przeszło. Inni dalej się tym szczycą, uznając, że to oznaka prestiżu.
– Jak byłam raz w domu rodziców Syriusza, nie dało się tego nie zauważyć – odezwała się Lily; wychyliłem się nieco zza ściany i dostrzegłem, że dziewczyna lekko się uśmiecha. Sam zresztą zrobiłem wtedy to samo, bo wiedziałem, do czego zmierza. – Prawie nas oboje stamtąd wywalili, jak się okazało, że jestem z tych Beckettów, zdrajców krwi. A że wkręciliśmy im, że jestem dziewczyną Syriusza, albo raczej jego narzeczoną, bo tak to nazywali, to jego matce chyba cała krew odpłynęła z twarzy, bo wyglądała, jakby miała zaraz umrzeć.
– O, tego mi nie opowiadałaś – powiedziała babcia Lily ze zdziwieniem, po czym zachichotała. – Na pewno realistycznie to zagraliście, więc ja się jej nie dziwię, że uwierzyła.
– Widzisz? Właśnie dlatego ci nie opowiadałam.
– Ja nic nie mówię!
– Oczywiście, jak zwykle – obruszyła się Lily. – Dobrze, ale wracając do tematu. Jaki sługa rodu? O co chodzi?
– No, nie podpisywali się swoim nazwiskiem, tylko używali skrzatów domowych i podpisywali się też za ich pomocą. Nawet jak list ktoś zachował, to nikt go nie mógł wykorzystać do publicznego upokorzenia, czy czego oni tam się obawiali, bo nazwiska nie było. I kto coś udowodni? No nikt.
– Przecież to jest takie... idiotyczne! Nie mogli chociażby użyć wyjców? Albo nie wiem, cokolwiek?
– Ja tylko ci mówię, jak oni myśleli – odparła babcia obojętnie. – W historii działo się mnóstwo o wiele bardziej absurdalnych rzeczy, jeśli mam być szczera, a i wiele dzieje się nawet teraz. Ale nie jestem pewna, czy wyjce wtedy istniały. Może jeszcze nikt nie potrafił ich robić? A może to kwestia bardziej honoru, niż czegokolwiek innego? Nie zastanawiałam się nad tym nigdy za bardzo, bo to jest obecnie tak samo martwe, jak ta część naszych przodków, co się wykłócała listownie o jakieś pomniejszone z powodu uroku marchewki czy inne głupoty.
– Czekaj, czyli co, pierwsza litera jest od czego?
– A, no tak. Pierwsza litera jest od imienia skrzata domowego, bo to im kazano pisać te wiadomości.
– Błystek, sługa rodu Beckett?
– Tak, można to tak rozumieć, ale jeśli chodzi o skrzata, to...
– Na Merlina, co ja mam teraz zrobić?! – Lily zerwała się z podłogi, spanikowana. – Ktoś z rodziny to zrobił? Przecież mało kto wiedział! A przecież Cynthia by mi tego nie zrobiła, nie?!
– Lilyanne, spokojnie.
– Jak ja mam być spokojna?!
– Oczywiście, że ta sytuacja jest niepokojąca, ale pomyśl. Ta książka jest ogólnodostępna w szkolnej bibliotece. Każdy, kto chce, może wiedzieć o tym zwyczaju i po prostu go odtworzyć.
Dziewczyna zamilkła na dłuższą chwilę; widziałem, jak zaciska ręce w pięści i zamyka oczy, oddychając ciężko.
– Czyli co, dowiedziałam się konkretów, a mimo to mógł to być każdy, kto sięgnął po tę książkę i zna imię naszego skrzata. To wciąż spora grupa.
– To wciąż nie pora, by wyciągać jakieś wnioski. Szczególnie takie. Pomyślę jeszcze o tym, jak można to rozwiązać, ale wiesz co?
– Tak?
– Jak dla mnie to brzmi jak głupi żart. Z dobrym przygotowaniem, ale głupi.
– Sama nie wiem... Ech, dobra, dzięki, babciu – rzuciła Lily, po czym westchnęła ciężko. – Ja już pójdę, bo jest późno, a Syriusz nadal czeka. Będę do ciebie pisać, jak coś znajdę.
– W porządku. I Lilku?
– Hm?
– Nie martw się tym tak. Nawet, jak ktoś chciał ci przekazać coś na poważnie, to chyba „przepraszam” nie jest zbyt groźne, prawda?
– Racja. Ech, do zobaczenia.
– Cześć, skarbie!
Płomień po raz kolejny buchnął z kominka, przez chwilę świecąc na zielono, a następnie zgasł całkiem, a ja dopiero wtedy zorientowałem się, jak bardzo spieprzyłem sprawę, bo jeśli miałem zamiar się niezauważenie ulotnić, powinienem to zrobić co najmniej kilka sekund wcześniej. Myśli kłębiły się po mojej głowie i nie pozwoliły mi się od siebie uwolnić, więc ze swojego położenia zdałem sobie sprawę zbyt późno. Przez krótką chwilę w pomieszczeniu było tak cicho, że bałem się swobodnie oddychać, jednak po chwili wokół rozległ się dźwięk szybkich kroków. Dziewczyna wpadła na mnie z impetem, bo szła po ciemku i mnie nie zauważyła, a nim zdążyłem choćby zamrugać, jej różdżka znajdowała się centymetry od mojej krtani. Biały, łagodny blask oświetlił nasze twarze, jednak twarz Lily wyglądała, jakby miała zaraz wybuchnąć z wściekłości.
– Ile już tu stoisz? – warknęła, a ja jedynie otworzyłem usta, nie wiedząc, co jej powiedzieć. Przełknąłem ślinę. – No ile?!
– Wystarczająco.
Położyłem jej dłoń na ramieniu w uspokajającym geście, drugą zaś chwyciłem ją za nadgarstek i obniżyłem delikatnie, bojąc się, że tą różdżką zaraz mi coś zrobi – jak nie rzuci zaklęcie, to wydłubie mi oczy. Dziewczyna szarpnęła, wyrywając się ode mnie, po czym wyminęła mnie i ruszyła do drzwi.
– No i gdzie niby leziesz? I tak Filch tam jest – powiedziałem, zdejmując jej dłoń z klamki, nim zdążyła ją nacisnąć, a kiedy spojrzała na mnie z irytacją, jedynie przewróciłem oczami.